29.10.2017

1 Półmaraton Lubelski

Minął już tydzień od pierwszego półmaratonu w Lublinie, a ja jakoś nie mogłam się zebrać, żeby napisać kilka zdań.  Niestety z czasem ostatnio krucho.  Krucho do tego stopnia, że nie mogę powiedzieć, żebym była jakoś specjalnie przygotowana do tego półmaratonu.  Owszem biegałam, ale były to głównie dystanse od 7 do 10 km.  15 km pokonałam 10 września, a potem jeszcze tylko raz udało mi się przebiec 14 km.  Nie można tego nazwać dobrym przygotowaniem.  Niestety.




Na bieg pojechałam z córką dość wcześnie, tu po ósmej.  Podejrzewałam, że później może być problem z zaparkowaniem samochodu w okolicy. Zależało mi na tym by stać blisko głównie z jednego powodu - chciałam w samochodzie zostawić kurtkę, żeby uniknąć stania do depozytu.  Jak się potem okazało był to super pomysł.  Start i meta półmaratonu były na nowym stadionie lekkoatletycznym w Lublinie.  Kilka dni wcześniej, bo w środę podczas licealiady, miałam już okazję zobaczyć go z bliska.  Muszę przyznać, że robi wrażenie.  Przynajmniej na mnie.
Około 8:30 córa zameldowała się już w wolontariacie i pomagała w wydawaniu pakietów na biegi dla dzieci.  Tak jej się to spodobało, że niewiele brakowało, a sama zrezygnowałaby ze swojego startu.  Przekonałam ją jednak i o 9:20 pobiegła swoje 600 m po niebieskiej bieżni stadionu.  Zaraz po tym nałożyła żółtą kamizelkę i zajęła się wręczaniem medali i wody.  Ja szybko pobiegłam do samochodu, przebrałam się i przebiegłam kilkaset metrów.  Niestety nie zdążyłam na całość wspólnej rozgrzewki przed biegiem, ale doszłam do wniosku, że skorzystanie z toalety jest ważniejsze.
Stanęłam na starcie tuż obok baloników na 2:00.  Plan był jeden - jak najdłużej starać się trzymać tempo na 2:00, a potem jak starczy sił to trochę przyspieszyć.
Strzał startera i ruszyliśmy.  Najpierw dokoła bieżni, a potem już na lubelskie ulice.  Biegłam tuż obok Doroty.  Pierwsze dwa kilometry dzielnie pilnowałam baloników.  Dorota już chwilę wcześniej się oderwała i pobiegła przodem.  Niedaleko Areny Paweł robił zdjęcia.  Paweł, który biega wszędzie tym razem odpuścił.  Mądrze, w końcu był tydzień po maratonie, kolejnym już w tym roku.
Za Areną poczułam, że tempo na 2:00 jednak nie jest dla mnie.  Delikatnie przyspieszyłam i już przy Smoluchowskiego gdzieś z tyłu tylko słyszałam gwizdek zajączków na 2:00.  O dziwo biegło mi się dobrze.  Po dwóch kilometrach, a może już wcześniej, nie czułam zimna.  Było idealnie.  Pilnowałam, żeby nie biec zbyt szybko, ale i tak przy wbiegu w osiedle zobaczyłam na zegarku tempo 4:50.  Za szybko, zdecydowanie za szybko.  Zwolniłam, co chwila zerkałam na zegarek, bo przecież to jeszcze nie połowa, zabraknie mi siły. Nawet nie wiem kiedy znaleźliśmy się na Zemborzyckiej.  Tam niesamowity doping strażaków, a ja przypomniałam sobie jak dokładnie tą samą trasą biegłam maraton.  Wtedy w strugach deszczu, a teraz w idealnych jak dla mnie warunkach. Przebiegamy na drugą stronę ulicy (a samochody i tak stały, a kierowcy i tak wściekli), na ścieżkę.  Tam znowu Paweł z aparatem robi to oto zdjęcie.




Biegnie mi się dobrze, bardzo dobrze.  Dobiegamy do Zalewu.  Teraz już znajoma trasa, płaska.  Ja nie czuję większego zmęczenia.  Nie czuję go do tego stopnia, że na 15 kilometrze uświadamiam sobie, że czas coś zjeść, żeby potem nie opaść z sił. Biegnę, buzia się śmieje.  Już koniec ścieżki, wybiegamy w okolice Jana Pawła.  Tam stoi Angelika ze swoim aparatem.  Potem znowu ścieżka wzdłuż Bystrzycy.  Tutaj czekała na nas pogodowa niespodzianka - wiało i to bardzo.  Za chwilę słyszę okrzyk powitania od rowerzystki.  W ostatniej chwili orientuję się, że to moja koleżanka / prawie sąsiadka.  Już widać Arenę,   na końcu ścieżki stoi Witek, który tym razem jest wolontariuszem.  Zbieg ze ścieżki, podbieg i ostatnie metry.  Pędzę, mam jeszcze siłę, nawet sporo siły.  Wbiegam na  stadion i widzę 1:55 na zegarze.  Tego się nie spodziewałam.  Medal na szyję znowu zakłada mi mój najlepszy wolontariusz - córka.
To był zdecydowanie mój najlepszy półmaraton na asfalcie.  Nie dlatego, że kolejna życiówka.  Dlatego, że biegło mi się lekko od początku, do końca.  Nie miałam ani chwili zwątpienia, ani na sekundę nie opadłam z sił.  Czy byłam zmęczona? Oczywiście, że tak.  W końcu to 21 kilometrów.  Jednak mimo wszystko chyba najbardziej lubię te 21 km.  Nie trzeba biec tak szybko jak przy piątce, czy nawet dyszce, a nie męczy tak jak maraton.  No i bieganie jesienią ma swoje zalety - to pogoda dla mnie.  Zdecydowanie.

1 komentarz:

  1. Super wpis! Gratulacje :) obyś zawsze była taka zacięta, powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...