22.08.2017

MaguRun - czyli mój pierwszy bieg w górach

Długo się nad tym biegiem nie zastanawiałam.  Jak tylko ustaliliśmy, że spokojnie da się ten bieg połączyć z naszym wyjazdem w Bieszczady, to się zapisałam.  Zapisałam, a potem spanikowałam.  Czy ja aby na pewno dam radę?  Niby tylko 20 km, niby aż 4 godziny, ale jak to tak?  Biegi po górach?  Dodatkowo start na Bieg Szlak Trafi zachwiał moja wiarę w to, że się zmieszczę w limicie.




Ale od początku.  3 dni przed biegiem pojechaliśmy w Bieszczady.  Pierwszy dzień na rozruszanie tylko 13 km.  13 kilometrów w 4 godziny.  To jak to będzie na biegu?  Niby tutaj całą rodziną, z dziećmi, postoje na jedzenie, zdjęcia, ale łatwo nie było.  Następny dzień i 23 km w nogach ze średnią prędkością 3,5 km/h.  Dobrze to nie wróżyło.  Nogi zmęczone, głowa zaczyna się buntować.  Piątek - dzieci zastrajkowały.  W sumie dobrze, bo regeneracja była potrzebna.  Wieczorem mąż zawiózł mnie do Krempnej na nocleg na sali.  Odebrałam pakiet, poszłam na salę gdzie spotkałam 4 dziewczyny z Lublina.  Od Eli wiedziałam, że będą i miałam nadzieję, że gdzieś się koło nich ułożę.  Wiadomo, że w grupie raźniej.
Jest wieczór, światło już niby zgaszone, wszyscy niby śpią, ale słychać, że to wszystko na niby.  Ja się kręcę.  Raz prawy, raz lewy bok.  Na korytarzu słychać rozmowy.  Nie mogę zasnąć.  Ktoś chrapie.  Niby nie przeszkadza, ale świadomość, że ktoś jednak usnął powoduje, że sama nie mogę zasnąć.  Chyba jednak udaje mi się zmrużyć oczy, bo coś mi się śni.  Budzę się, ale potem znowu jakiś sen się pojawia.  Nagle poruszenie na korytarzu i znowu zamiast snu tylko drzemka.  Przed piątą na zewnątrz jest już głośno.  Startują ultrasy.  Szybki sms do Piotrka żeby mu się dobrze biegło i próbuję zasnąć. Nic jednak nie wychodzi.  Budzik nastawiony na 5:30, ale już 15 minut wcześniej idę pod prysznic.  No nic.  Jakoś to będzie.  Sala budzi się do życia.  Wszyscy się przebierają, jedzą kanapki z dżemem.  Ja próbuję jeść moją jaglankę mocy.  Tym razem wersja na zimno, ugotowana poprzedniego dnia u cioci.  Nie idzie mi zupełnie, ale wiem, że muszę.  Popijam ciepłą kawą z mlekiem, którą zrobił mi Pan z obsługi biegu. Kawa z ekspresu, z prawdziwym mlekiem.  Nie liczyłam na takie luksusy.  Po siódmej gotowa schodzę na dół.  Znajduję Asię i rozmawiamy.  7:30 - odprawa.  Słucham, ale chyba niewiele do mnie dociera.  Jestem zmęczona.  Aśka zresztą też, bo jechała w nocy samochodem z Lublina do Krempnej.  Tak sobie myślę, że ma jeszcze gorzej ode mnie.  Robimy razem małą rozgrzewkę, potem kilka zdjęć z lubelskimi biegaczami i startujemy.  
Pierwsze kilometry po asfalcie, ale już pojawiają się podbiegi i zbiegi.  Postanawiamy nie tracić z Asią sił i na podbiegach idziemy.  Mimo to czuję jak z każdym krokiem idzie mi coraz gorzej.  Asia coraz dalej, a ja opadam z sił.  Robi się gorąco, nawet delikatny wiaterek nie ratuje sytuacji.  Czwarty kilometr a ja czuję, że mam już dość.  Nie wiem czy dam radę biec dalej.  Aśka krzyczy, żebym zjadła żelka, że nie mam w takim razie na co czekać.  W głowie kotłują się myśli, czy nie dać sobie spokoju.  Jak mam niby przebiec jeszcze te 16 kilometrów?  Przecież to najłatwiejsza część trasy. Zjadam żelka i zaczynamy wbiegać na trawę.  
Mieszkanki pobliskiego domu krzyczą, że teraz to się dopiero zacznie bo nie będzie cienia a będzie pod górkę.  No i jest.  Pierwszy delikatnie większy podbieg.  Idę, Asia zwalnia i czeka, a ja nadal wątpię czy dam radę.  Jest za gorąco, nogi zmęczone po chodzeniu, głowa zmęczona po bezsennej nocy. 
Wbiegamy do lasu. Tak wbiegamy, bo za podbiegiem parę metrów płaskich, więc trzeba było ruszyć szybciej.  Przynajmniej jest cień.  Biegnę, ale każdy krok męczy.  Niby żartuję, ale głowa wie swoje.  Skarżę się, że jest mi źle i że to wszystko przez te górskie wycieczki.  Jakiś biegacz pociesza, że jeszcze chwila i będzie dobrze.  Skąd on to wiedział?  No skąd?  Aśkę łapie kolka, więc zwalniamy, chociaż tempo i tak było już wolne.  Na szczęście jest długie podejście, więc nie musimy się spieszyć.  Idziemy, gadamy o mężach, o dzieciach, o bieganiu, o butach.  W sumie to chyba o wszystkim.  W pewnym momencie orientujemy się, że przed nami nie ma nikogo a za nami też pustka. Dziwnie. Za chwilę jednak wyłania się punkt odżywczy a tam spora grupka biegaczy.


Łapiemy za wodę, za izo.  Ja łykam też winogrona.  Mam ochotę na jagodziankę, ale boję się zapchać.  Chwytam więc za arbuza.  Pojawia się koleżanka Jagoda, która była wsparciem Ryszarda.  Jagoda częstuje ognistą wiśniową wodą.  Ja nie piję, bo wiem, że dobrze nie zareaguję na to podczas biegu.  Kilka osób jednak łyka "na odwagę".  Trochę tutaj zabałaganiłyśmy, ale to był chyba moment zwrotny dla mnie. 
Od tego momentu biegnie mi się znacznie lepiej.  Dobiegły do nas Marta i Ania z Lublina i od tej pory biegniemy razem.  Raz wolniej, raz szybciej, robimy zdjęcia. Zaczyna mi się robić dobrze.  Nogi już nie bolą, głowa odżyła, jest dobrze.  Co chwila biegnie koło nas Ryszard, potem pojawia się jakaś para.  Na podbiegach dzielnie idziemy, na równym i zbiegach zbiegamy.  Zbiegamy aż do czasu. Nagle robi się bardzo stromo, do tego kamienie i korzenie.  Najpierw próbuję zbiegać, ale zaczynam się bać.  Lepiej wolniej, a bezpieczniej.  Asię boli przy schodzeniu kolano i też boi się stromizny. Powolutku idziemy.  Kilka osób nas mija, a ja nie mogę wyjść z podziwu jak one mogą zbiegać z takiej górki.  Na szczęście koniec.  Dałyśmy radę.  Teraz trochę błota, przejście przez ulicę, kolejny las, kolejne podejście.    W głowie już same radosne myśli.  Parę razy mówię na głos, że jest mi bardzo dobrze, że to świetny bieg i jaka jestem szczęśliwa.  Ta radość rośnie z każdym krokiem.  Nie pamiętam już nieprzespanej nocy, nie pamiętam o jaglance, która rosła mi w ustach, ani i pierwszych trudnych kilometrach.  Nogi niosą a buzia się śmieje.
Już tylko 2 kilometry do mety, już tylko jeden.  Tutaj dostaję takich skrzydeł, że znowu zostawiam Aśkę i lecę.  Zbiegam z góry, coś tam pokrzykuję i cieszę się sama do siebie.  Wyciągam telefon, żeby zapytać moich gdzie są.  Okazuje się, że jeszcze nie wyjechali.  W sumie nic dziwnego, bo mówiłam, że dobiegnę przed 12, a tu jeszcze nie ma 11. Nie ma jedenastej, a ja już zaraz będę na mecie.  W mniej niż 3 godziny.  Jak to się stało?  Po takim ciężkim początku?  Wbiegam na asfalt i uśmiech nie znika z twarzy.  Jakieś dzieci krzyczą, że do szkoły już niedaleko.  Wiem, bo już słychać prowadzącego.  Ostatnie okrążenie, przebiegam koło tartaku i wbiegam na ostatnią prostą.  Kogoś wyprzedzam.  Widzę Marka, który robi mi zdjęcie i wbiegam na metę.  Najpierw oczywiście zimny prysznic od strażaków, ale w taki upał się przydaje.  Jest meta.  Pan prowadzący wyczytuje nazwisko, ktoś gratuluje, ktoś wręcza medal, ktoś butelkę wody i zimne piwo.  Pyta czy otworzyć, a ja w tym całym amoku mówię, że tak.  Jak już jest otwarte zaczynam się zastanawiać co ja z nim zrobię, ale już za późno.  Jest dobrze.  Jest radość i żal, że to już koniec.  Chciało by się jeszcze dalej, jeszcze przynajmniej kilka kilometrów.  Za chwilę na metę wbiegają dziewczyny z Lublina.  Zjadamy pyszny makaron, wypijam to moje piwo, potem popijam rewelacyjnym sokiem z buraków i wiem, że to był pierwszy, ale na pewno nie ostatni bieg po górach.



A Krempna?  Jeżeli macie możliwość pojedziecie tam.  Cudowne miejsce.  Po biegu poszliśmy nad zaporę.  Można posiedzieć przy stolikach, na molo czy też popływać kajakiem.  Za zaporą i mostem można zjeść nad rzekę i pomoczyć nogi.  Zresztą nie tylko nogi.  Spędziliśmy tam kilka godzin i wszyscy bez wyjątku byliśmy zachwyceni.  Pojawimy się tam na pewno.

9 komentarzy:

  1. Anonimowy13:13

    Hej :)

    Bardzo fajna relacja ;) Pod koniec września sama wystartuję w swoim pierwszym górskim biegu więc tymbardziej współodczuwam Twoje emocje. Jeszcze za wcześnie abym się denerwowała startem, ale podejrzewam, że moja noc też będzie nie przespana. Ja startuje w Karkonoszach na 20 km. Biegam już od kilku lat. Też startowałam w tegorocznym Orlen Maratonie :). Podniosłaś mnie na duchu tym wpisem.

    Pozdrawiam serdecznie!
    Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dasz radę na pewno. 20 km to dystans w sam raz na pierwszy raz. Powodzenia

      Usuń
  2. Anonimowy00:00

    DoPiero jak przeczytałam o jaglance to skojarzyłam, że spaład naprzeciwko mnie ;)
    Gratulacje biegu i relacji :D
    Dla mnie to tez był pierwszy i na pewno nie ostatni bieg w górach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ładnie. Jaglanka jako znak rozpoznawczy. Pozdrawiam serdecznie i może do zobaczenia.

      Usuń
  3. Podziwiam Twoją pasję do biegania. Ze mnie jest straszny leniuch. Jednak przynajmniej raz w roku muszę jechać w Bieszczady i wspiąć się na połoniny...

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajna relacja, sama brałam wczoraj udział w półmaratonie zakonczonym małym festynem z całej imprezy dochody idą na jeden z pobliskich domów seniora. Przygotowywałam się dłuższy czas do tego biegu, i się opłaciło, dobiegłam do końca i to w dość dobrym czasie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję. Półmaraton to nie przelewki.

      Usuń
  5. Super wyprawa, bardzo pozytywna dla całej rodziny i wiele atrakcji u nas nie organizują czegoś takiego jak bieg dla dzieci. Ale fajnie tam macie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kamila przy okazji MaguRun też nie było biegów dla dzieci. Nigdzie o tym nie pisałam. Moje dzieci po prostu były tam jako kibice.

      Usuń

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...